Otóż piszę po to, żeby się Wam wyżalić, drogie Kobietki. Niekoniecznie chcę rady, aczkolwiek miło mi będzie jeśli wyrazicie swoją opinię.
Chciałabym Wam opowiedzieć o moim związku,który trwa 1,5 roku. Generalnie, patrząc na całość, jestem szczęśliwa z moim chłopakiem. Było wiele wzruszających chwil, chwil radości, pierwszy pocałunek, pierwszy dotyk, pierwszy raz. Jest cudownie. No, przez większość czasu.
Psuć zaczęło się około października 2011. Mój chłopak przychodził do mnie na chwilę, godzina, góra dwie, zakręcił się, jak to się mówi i leciał do kumpli. Poczułam się troszkę odrzucona, bo ja potrafiłam zrezygnować ze spotkania z koleżanką, żeby cały swój wolny czas danego dnia poświęcić jemu. W całej tej swojej samotności uknułam intrygę, żeby spotkać się z moim nowym kolegą tuż po spotkaniu z chłopakiem. Na zasadzie takiej, że wyszedł do kolegów, ale niech nie ma za dobrze, bo ja też się bawię i niech mu będzie tak samo miło, jak i mi. Takie coś powtórzyło się 2 razy. Na drugie spotkanie wparował mój chłopak, kolega wyszedł, chłopak przestał się odzywać. Był wściekły. "Przespał się" z tym problemem, przyszedł na drugi dzień i wśród łez zarówno moich, jak i jego wyjaśniliśmy sobie wszystko. Zgodnie ustaliliśmy, że to pierwszy i ostatni raz, bo inaczej będziemy musieli się rozstać. Więcej ten kolega w moim życiu nie zagościł. Zerwałam z nim kontakt, bo stwierdziłam, że nie warto, że po co ryzykować związek dla kolegi?
Potem było nam razem bardzo dobrze. Dzięki temu incydentowi nasze relacje umocniły się, ja już nie spadałam na dalszy plan. Okazało się, że mam coś do powiedzenia, że jestem jego przyjaciółką, że konsultuje ważne decyzje ze mną. Przyszedł grudzień, nasza rocznica, pierwszy raz. Zimowe spacery były cudowne. Mam najwspanialszego chłopaka na ziemi i z chwilą, w której to do mnie dotarło zaczęły się problemy.
Stałam się zazdrosna. Któregoś dnia, kiedy byłam chora chłopak oznajmił mi, że chce nauczyć bardzo dobrą koleżankę z dzieciństwa (o której ja pierwszy raz słyszałam), jak się robi różne ciekawe rzeczy na komputerze, a w zamian za to, ona nauczy go piec ciasto. Krew mnie zalała, mieli być tam całkiem sami, wspólna nauka obsługi komputera, wspólne gotowanie... No, same wiecie, jakie to wizje przywołuje. Nie zgodziłam się na to, krzyczałam na niego, że to debilny pomysł, że wie jaka jestem zazdrosna i, że tak jak on nie życzę sobie kontaktów sam na sam z osobą płci przeciwnej. Tak ustaliliśmy i tak ma być. On się wielce zdziwił, że czemu ja taka zdenerwowana, przecież to nic i tyle i, że przecież się mnie pyta o to, czy może iść. Ostatecznie wściekła i zapłakana się zgodziłam, bo on też się wściekł, czego nie lubię. W międzyczasie rozchorowałam się bardziej. Nie chciałam, żeby do niej szedł, czułam się paskudnie, myślałam, że chociaż na 15 minut do mnie zajdzie, jak to zrobił dnia poprzedniego, spyta jak się czuję, przytuli. Kiedy mu powiedziałam, że nie chcę, żeby z nią piekł ciasto i nie chcę żeby z nią przebywał usłyszałam, a w zasadzie przeczytałam tylko "ja wychodzę, cześć". No wściekłam się. Własna dziewczyna go prosi, żeby nie szedł sam do koleżanki, żeby coś wymyślił, bo ja nie daję rady psychicznie znieść tej myśli, że on sobie tam idzie, to nie...Wiem, że wymagam od niego dużo, ale czy za dużo? Ja byłabym w stanie zrezygnować dla niego z koleżanki, gdyby mnie tylko o to poprosił... Przejdźmy może do następnej kwestii, bo ta skończyła się morzem wylanych łez (z mojej strony), a on przepraszając mnie ciągle się uśmiechał. Twierdzi, że próbował mnie rozweselić. Nie wspomnę, o fakcie, że miał wrócić od niej o 16 (załóżmy) a wrócił godzinę później, co skwitował tylko "misiek, nie nerwuj się, jest ok". Nie, kurrrrr, nie jest ok. Idźmy dalej.
Potem jakoś to było, moja zazdrość nie zmalała, a wręcz nasiliła się. Nie chciałam sprawdzać jego telefonu, nie miałam podstaw, bo ostatecznie powiedział mi o koleżance, o cieście, o wszystkim. Temat ucichł, wracaliśmy do normalności, było naprawdę super, zachowywaliśmy się jak najlepsi przyjaciele, dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę. Nie mam na co narzekać, jeśli chodzi o tamten okres w naszym wspólnym życiu. Traktował mnie jak swoją księżniczkę, a ja jego jak swojego księcia. Było super. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy...
Nigdy nie sądziłam, że Euro może aż tak spaprać czyjś związek. A jednak! Przyszedł taki czas, że reprezentacja Naszego Pięknego Kraju grała mecz z reprezentacją Czech. Mój chłopak nie jest kibicem, no ale wiadomo, meczyk z kolegami obejrzeć fajnie, szczególnie, że Polska gra. W sumie ucieszyłam się, że idzie do kumpla, bo ja sobie spokojnie obejrzę mecz z rodziną, on posiedzi z kolegą i po meczu podzielimy się wrażeniami. Tego samego dnia spotkaliśmy się u mnie. W pewnym momencie zadzwonił jego telefon. Odebrał, odszedł na drugi koniec pokoju, co już wydało mi się cholernie dziwne, no ale nic, jem sobie jedzonko, które zrobiłam przed chwilą i mimowolnie słucham. Dziewczyna, no jak nic, dziewczyna! Ale siedzę cicho, nie przerywam mu rozmowy, bo mogę się mylić, może nic ważnego i takie tam. Jak zawsze po jego skończonej rozmowie, pytam się, kto to był i czego od niego chciał (no tak, ciekawska jestem
W poniedziałek, tydzień po tym skończyłam wcześniej szkołę. On nie poszedł w ogóle. Zadzwoniłam, czy po drodze mogę wpaść, przytulić się i po 15 minutach wyjść. Nie, nie ma ciuchów czystych, ma bałagan, mama zaraz przyjdzie z pracy. Myślę sobie, ok, w porządku, idę w takim razie do domu i tyle. Za jakieś 2 godziny nagle znajdują się ciuchy, nagle można posprzątać pokój, bo "Dawid zaraz przyjdzie, no zadzwonił przed chwilą, że chce wpaść do mnie". Zrobiło mi się cholernie przykro...
Nasz związek to sinusoida, jednak ostatnio coraz bardziej wykres brnie ku gorszemu. Kocham go i nie chcę się z nim rozstawać, jednak wiem, że to na dłuższą metę nie ma sensu, takie udręczanie się tym wszystkim. Nie uważam, że za wiele od niego wymagam. Wymagam szczerości i punktualności (z którą ma ogromny problem, spóźnia się straszliwie).