Wypowiedź będzie długa, ale proszę o wyrozumiałość
Mijają dwa miesiące od rozstania, a ja nie tyle nie mogę się pozbierać, co cały czas się obwiniam... Powiedzcie mi czy słusznie.
Byliśmy ze sobą 8 miesięcy - z mojej strony to był taki naprawdę pierwszy poważny związek, z jego strony też. Mamy po 23 lata. Mój były mieszkał wcześniej w akademiku, z towarzystwem typu zajarać, zapić i zero poważnych związków. Kręciliśmy ze sobą od Sylwestra 2013/2014, od marca byliśmy oficjalnie razem. Kiedy Michał w czerwcu musiał wyprowadzić się z akademika, mój tata zgodził się, by zamieszkał on z nami (mieszkałam z tatą po śmierci mamy) i dodał, że jak tylko będziemy w stanie sami się utrzymać, to zostawi nam mieszkanie, by ułatwić nam start i przeprowadzi się.
Przed przeprowadzką Michała do mnie najczęściej spędzałam czas z nim i jego kumplami, wspólne imprezy itp. Michał i jego znajomi palili dużo trawy, zaczęłam z tym walczyć, zagroziłam rozstaniem, w czerwcu chciałam odejść - ale jakoś się ogarnął, zaczął odmawiać palenia, bo wiedział, że mnie to denerwowało. Niby zaczął się zmieniać. Ja dla niego też - mam trudny charakter, moja mama była alkoholiczką, wyniosłam z domu niskie poczucie własnej wartości, zahukanie, przekonanie, że moje problemy nikogo nie interesują. Jestem naprawdę atrakcyjną kobietą, do tego z tytułem inżyniera, znam języki, uprawiam sport - ale ciężko jakoś było mi się przełamać, że jestem wartościowa. Miałam mnóstwo kompleksów. On to zmienił.
Od czerwca mieszkaliśmy razem plus mój tata. Było genialnie. Nie wiedziałam, że można być tak szczęśliwym - Michał był we mnie dosłownie zapatrzony, ja w niego też. Poznałam jego rodzinę, nawet tę dalszą, byliśmy razem na roczku jego siostrzenicy, na komunii jego dzieci chrzestnych, na weselu siostry... Mój tata i jego rodzice się poznali, było fantastycznie.
W sierpniu na urodziny dostałam od niego pierścionek - nie zaręczynowy, ale prezent urodzinowy. Piszę, ponieważ ten fakt okaże się potem ważny.
Nigdy niczego mu nie zabraniałam. Wyjść z kolegami, imprez, alkoholu - pijanego kładłam do łóżka, albo targałam z miasta. Żadnych awantur. Pełne zaufanie. Ale to nie było tak, że w jakiś sposób tego nadużywał - po prostu, chciał wyjść do kolegów, ok. Spił się - byłam niezadowolona, ale kładłam do łóżka, a następnego dnia mówiłam, że ma mi kupić kwiaty, bo będę zła. Zresztą z jego strony było tak samo. Dziwne było tylko to, że jak zostawał sam w domu z moim tatą, bo ja szłam np do pracy, mój tata sprzątał, gotował, robił zakupy, wychodził z psem - a Michał nawet nie spytał, czy w czymś pomóc.
Pierwsze, powiedzmy to kłopoty, zaczęły się kiedy koledzy wrócili do akademika, a mój tata się wyprowadził. Michał zwolnił się z pracy, powiedział, że nie pogodzi jej ze studiami dziennymi. Ja wzięłam dziekankę na ostatni rok i poszłam do normalnej pracy, żeby zarobić trochę kasy, bo wiedziałam, że ciężko będzie nam się utrzymać. On wziął pieniądze od rodziców, ale nigdy nie powiedział mi, ile tak naprawdę dostaje.
Zdarzyło mu się np zamiast iść do pracy, pójść do kolegów - powiedział, że wypije piwo, wróci wcześniej, bo chce się przygotować na kolokwium, które ma następnego dnia, pracę odrobi w sobotę, a wracał po nocy zjarany. Wtedy byłam zła, fakt, ale szłam spać i rozmawiałam z nim następnego dnia, bo po co robić awanturę? Niby przepraszał, ale robił to raczej na odwal sie, bo wydaje mi się, że nadal wydawało mu się, iż postępuje całkowicie słusznie, a ja mam jakieś pretensje.
Dostałam pracę w swoim zawodzie, wstawałam o 4, bo zmianę miałam na 6. Robiłam kawę, ogarniałam się, siadałam jeszcze chwilę na łóżku koło niego. Wychodziłam na autobus o 5, i będąc w autobusie pisałam mu dłuuuugiego smsa, co ma zrobić danego dnia: zakupy, odebrać gazety, wynieść śmieci. On twierdził, po niemal pół roku mieszkania razem, że nie wie, co ma zrobić, mam mu wszystko mówić (?). Jak powiedziałam, zagoniłam do sprzątania, to nie powiem, zrobił. Ale nic od siebie. W akademiku musiał sam sprzątać, prać, robić zakupy - w domu nie zrobił nic, jeśli ja o tym nie powiedziałam. Dodatkowo często widziałam, że coś jest do zrobienia: zakupy, ogródek. Nie chciało mi się mówić, robiłam to sama, a on miał potem pretensje, że najpierw coś robię, nie proszę go, by mi pomógł, a później mam pretensje, że tego nie zrobił. Tak też się zdarzało Uśmiech
Nie pracował już wtedy, więc przed zajęciami najczęściej szedł do kolegów do akademika, w przerwach między zajęciami także tam przesiadywał, po zajęciach najczęściej też wpadał na chwilę. Było też tak, że wiedziałam iż powinien już wrócić, a nie było go w domu - pisałam z pytaniem gdzie jest, odpowiadał, że u kolegów. Nudziło mi się w domu, jechałam do nich i zastawałam go zjaranego - mimo, że w domu czekały obowiązki.
Nie kontrolowałam go - pisałam najczęściej "cześć, gdzie jesteś kochanie?", odpisywał i tyle. żadnych scen zazdrości. Koledzy mu mnie zazdrościli.
Koledzy... stale obecni w naszym życiu. Zanim zaczęłam być z Michałem, byłam ich kumplem.
Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz nerwy puściły mi pod koniec października, kiedy po powrocie do domu zastaję syf - nie zrobione nic, niepoznoszone naczynia do zlewu, niewyniesione śmieci. Nie zaczęłam krzyczeć, ale spytałam co on sobie wyobraża, że ja będę gotować, sprzątać, pracować i nie mogę liczyć nawet na małą pomoc? Nie chciałam się kłócić, więc wyszłam z domu, żeby się przejść, on chciał pogadać, ja powiedziałam, że nie mamy o czym, nie chce mi się, muszę ochłonąć. Wracam do domu, a on z torbami jedzie do siostry(!). Mimo, że się popłakałam i poprosiłam by wrócił, pojechał. Wrócił co prawda po godzinie, jak obiecał, ale powiedział mi, że nie wie, czy jest sens, czy nie warto robić przerwy... Umarłam, nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam hmm Ale zaczęłam tłumaczyć, prosić, został.
Druga kłótnia wybuchła o to, że wyszedł do kolegów, a ja poprosiłam, by jak już wypije piwo czy dwa wrócił do domu - wiadomo, wspólna noc itp, a seks był świetny Oczko I co? Piszę do niego, czy już wraca i dowiaduję się, że idą na miasto na imprezę, pobawi się i wróci.
Pierwszy raz się wkurzyłam, ubrałam się i powiedziałam, że też wychodzę, sama - miałam dość siedzenia w domu i czekania. Poszła kłótnia o to, że wiedział, iż jestem sama na mieście - nie zaproponował, żebym do nich dołączyła, nie wyszedł po mnie z klubu. Niby napisał, w jakim klubie aktualnie się bawi, ale ja nie miałam pojęcia, gdzie to jest Smutny Teraz obwiniam się za to, że nie podeszłam do kogoś na mieście i nie spytałam, gdzie ten klub się znajduje...Napisałam mu wtedy wiadomość, że czuję się, jakby w ogóle się mną nie interesował, że wszędzie widzę zakochane pary, że jestem sama, że mój kolega wykazał więcej zainteresowania niż on.
Rano, kiedy łaskawie wstał o 12 po moim budzeniu, próbowałam z nim pogadać. Podniósł głos i powiedział, ze nie wie, co chciałam osiągnąć swoim wyjściem, że skoro się ze mną nie kontaktował, to mi ufał (a mi chodziło o zainteresowanie, nie zaufanie) i że nie wmówię mu, iż kiedy byłam sama na środku miasta, ktoś mnie akurat gwałcił, a zresztą nawet jeśli to on i tak nie zdążyłby dobiec. Po tych słowach odechciało mi się gadać.
Ubrał się, wyszedł się niby przejść, zniknął na kilka godzin. Po jakiś 5 godzinach napisałam smsa, gdzie jest, nic. Zadzwoniłam. Lekceważąco, zimno, powiedział, że jest w akademiku (koledzy...), a jak będzie, to wróci. Nie poczułam się jak ukochana kobieta, ale jak ścierwo. Ubrałam się i pojechałam do naszej wspólnej koleżanki, do tego samego akademika, prosić ją o rozmowę z nim. Widziałam wcześniej na grupie akademikowej post, w którym szukali razem z kolegami zioła do palenia.Koleżanka skontaktowała się z nim, chcą pogadać, ale nie był w stanie - n******y, zjarany, cholera go wie. Znalazłam go w otoczeniu znajomych, w jakimś pokoju - zdjęłam z palca pierścionek, oddalam ze słowem "proszę", usłyszałam "dziękuję".
Na sobotę i niedzielę pojechał do siostry, przyjechał w poniedziałek po rzeczy. Wysłuchał mnie, ale to był monolog - miał podjętą decyzję. Płakałam, prosiłam, błagałam, przepraszałam za ten pierścionek - upokarzałam się jednym słowem. Nic. Sam przepraszam, za choćby te słowa o gwałcie, nie powiedział.
Trzy dni po rozstaniu już się widzieliśmy, tydzień później u mnie spał - nie kochaliśmy się, choć było blisko. Dwa tygodnie później znów przesiadywał, wtedy PO RAZ PIERWSZY udało nam się porozmawiać i tak naprawdę wyjaśnić, co nas bolało i co się stało - ale decyzji nie zmienił. Powiedział, że po oddaniu pierścionka coś w nim po prostu pękło, dodał, że nie potrafiłam rozmawiać - a przecież ja próbowałam... Potem znów przyjechał - chcieliśmy mieć kontakt po rozstaniu. Tydzień przed świętami wybuchła kłótnia, powiedziałam, że nie chcę mieć kontaktu przez mc, mają mi opaść emocje - szczególnie po tym, kiedy usłyszałam, iż powodem rozstania było to, że szukałam problemów tam, gdzie ich nie było. Uszanował to. Usunęłam wszystkie wspólne zdjęcia, on mnie zablokował. Po nowy roku zabrał resztę rzeczy, przekazała mu je moja koleżanka. Dowiedział się, że mam nowego faceta - zdementowałam to, powiedziałam, by w to nie wierzył, bo to nieprawda.
Nie mamy kontaktu de facto od 4 dni. Naprawdę chciałam jego powrotu, kocham go... Ale on mówi nie, dla niego sprawa jest skończona. Schudł, zmarniał, zapadł się w sobie, z tego co wiem, pije, jara. Ale ponoć też już kompletnie nie myśli o tym, co się stało, dla niego to przeszłość.
Nie wiem, co mam myśleć hmm Byłam przekonana, że mnie kocha... Widziałam to po nim. Kilka dni przed rozstaniem planowaliśmy święta, sylwestra. Wszystko stało się tak nagle. Ponoć kluczowe w tej historii było oddanie przeze mnie pierścionka - ale przecież ja nie zrobiłam tego ot tak... Te słowa o gwałcie, to lekceważenie, zimno... Koledzy powiedzieli, że zachowałam się niepoważnie i oni by tego nie wybaczyli. Ci chłopcy mają po 21 lat, żaden nie ma dziewczyny, ba, żaden z dziewczyną nie mieszka...
Jest po czym płakać? I czy warto gdzieś tam o sobie przypominać?
On mimo wszystko odpisuje na moje wiadomości, a kiedy zadzwoniłam po radę i pomoc, udzielił mi jej - więc chyba nie jestem mu całkiem obojętna. Ale być ze mną nie chce Smutny
A propos tego, że nie wyszedł po mnie, kiedy byłam sama na mieście: jego najlepszy kolega (któremu notabene mój były pokazywał wszystkie nasze smsy z kłótni), chłopak 21 lat, żadnej większej dojrzałości (guru mojego eksa hmm) stwierdził, że na początku naszej znajomości mój facet potrafił przybiec do mnie z końca miasta, kiedy byłam na imprezie z koleżankami, bo mnie zdobywał, a jak już mnie zdobył, to chciał mi dać wolność...
Kto tu oszalał?
