Rozstanie - kto tu oszalał...?

Co zrobić w trudnych chwilach? Jak stworzyć udany związek? Co denerwuje nas w mężczyznach? Czy kobiety są z Wenus a faceci z Marsa? Na te i inne pytania możemy porozmawiać właśnie w tym dziale.
ODPOWIEDZ
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Witajcie Uśmiech Mam na imię Monika, jestem tu nowa.. Chciałabym poznać Waszą męską opinię na temat tego, czy mam za czym tęsknić - a konkretnie za kim.
Wypowiedź będzie długa, ale proszę o wyrozumiałość ;)
Mijają dwa miesiące od rozstania, a ja nie tyle nie mogę się pozbierać, co cały czas się obwiniam... Powiedzcie mi czy słusznie.
Byliśmy ze sobą 8 miesięcy - z mojej strony to był taki naprawdę pierwszy poważny związek, z jego strony też. Mamy po 23 lata. Mój były mieszkał wcześniej w akademiku, z towarzystwem typu zajarać, zapić i zero poważnych związków. Kręciliśmy ze sobą od Sylwestra 2013/2014, od marca byliśmy oficjalnie razem. Kiedy Michał w czerwcu musiał wyprowadzić się z akademika, mój tata zgodził się, by zamieszkał on z nami (mieszkałam z tatą po śmierci mamy) i dodał, że jak tylko będziemy w stanie sami się utrzymać, to zostawi nam mieszkanie, by ułatwić nam start i przeprowadzi się.
Przed przeprowadzką Michała do mnie najczęściej spędzałam czas z nim i jego kumplami, wspólne imprezy itp. Michał i jego znajomi palili dużo trawy, zaczęłam z tym walczyć, zagroziłam rozstaniem, w czerwcu chciałam odejść - ale jakoś się ogarnął, zaczął odmawiać palenia, bo wiedział, że mnie to denerwowało. Niby zaczął się zmieniać. Ja dla niego też - mam trudny charakter, moja mama była alkoholiczką, wyniosłam z domu niskie poczucie własnej wartości, zahukanie, przekonanie, że moje problemy nikogo nie interesują. Jestem naprawdę atrakcyjną kobietą, do tego z tytułem inżyniera, znam języki, uprawiam sport - ale ciężko jakoś było mi się przełamać, że jestem wartościowa. Miałam mnóstwo kompleksów. On to zmienił.
Od czerwca mieszkaliśmy razem plus mój tata. Było genialnie. Nie wiedziałam, że można być tak szczęśliwym - Michał był we mnie dosłownie zapatrzony, ja w niego też. Poznałam jego rodzinę, nawet tę dalszą, byliśmy razem na roczku jego siostrzenicy, na komunii jego dzieci chrzestnych, na weselu siostry... Mój tata i jego rodzice się poznali, było fantastycznie.
W sierpniu na urodziny dostałam od niego pierścionek - nie zaręczynowy, ale prezent urodzinowy. Piszę, ponieważ ten fakt okaże się potem ważny.
Nigdy niczego mu nie zabraniałam. Wyjść z kolegami, imprez, alkoholu - pijanego kładłam do łóżka, albo targałam z miasta. Żadnych awantur. Pełne zaufanie. Ale to nie było tak, że w jakiś sposób tego nadużywał - po prostu, chciał wyjść do kolegów, ok. Spił się - byłam niezadowolona, ale kładłam do łóżka, a następnego dnia mówiłam, że ma mi kupić kwiaty, bo będę zła. Zresztą z jego strony było tak samo. Dziwne było tylko to, że jak zostawał sam w domu z moim tatą, bo ja szłam np do pracy, mój tata sprzątał, gotował, robił zakupy, wychodził z psem - a Michał nawet nie spytał, czy w czymś pomóc.
Pierwsze, powiedzmy to kłopoty, zaczęły się kiedy koledzy wrócili do akademika, a mój tata się wyprowadził. Michał zwolnił się z pracy, powiedział, że nie pogodzi jej ze studiami dziennymi. Ja wzięłam dziekankę na ostatni rok i poszłam do normalnej pracy, żeby zarobić trochę kasy, bo wiedziałam, że ciężko będzie nam się utrzymać. On wziął pieniądze od rodziców, ale nigdy nie powiedział mi, ile tak naprawdę dostaje.
Zdarzyło mu się np zamiast iść do pracy, pójść do kolegów - powiedział, że wypije piwo, wróci wcześniej, bo chce się przygotować na kolokwium, które ma następnego dnia, pracę odrobi w sobotę, a wracał po nocy zjarany. Wtedy byłam zła, fakt, ale szłam spać i rozmawiałam z nim następnego dnia, bo po co robić awanturę? Niby przepraszał, ale robił to raczej na odwal sie, bo wydaje mi się, że nadal wydawało mu się, iż postępuje całkowicie słusznie, a ja mam jakieś pretensje.
Dostałam pracę w swoim zawodzie, wstawałam o 4, bo zmianę miałam na 6. Robiłam kawę, ogarniałam się, siadałam jeszcze chwilę na łóżku koło niego. Wychodziłam na autobus o 5, i będąc w autobusie pisałam mu dłuuuugiego smsa, co ma zrobić danego dnia: zakupy, odebrać gazety, wynieść śmieci. On twierdził, po niemal pół roku mieszkania razem, że nie wie, co ma zrobić, mam mu wszystko mówić (?). Jak powiedziałam, zagoniłam do sprzątania, to nie powiem, zrobił. Ale nic od siebie. W akademiku musiał sam sprzątać, prać, robić zakupy - w domu nie zrobił nic, jeśli ja o tym nie powiedziałam. Dodatkowo często widziałam, że coś jest do zrobienia: zakupy, ogródek. Nie chciało mi się mówić, robiłam to sama, a on miał potem pretensje, że najpierw coś robię, nie proszę go, by mi pomógł, a później mam pretensje, że tego nie zrobił. Tak też się zdarzało Uśmiech
Nie pracował już wtedy, więc przed zajęciami najczęściej szedł do kolegów do akademika, w przerwach między zajęciami także tam przesiadywał, po zajęciach najczęściej też wpadał na chwilę. Było też tak, że wiedziałam iż powinien już wrócić, a nie było go w domu - pisałam z pytaniem gdzie jest, odpowiadał, że u kolegów. Nudziło mi się w domu, jechałam do nich i zastawałam go zjaranego - mimo, że w domu czekały obowiązki.
Nie kontrolowałam go - pisałam najczęściej "cześć, gdzie jesteś kochanie?", odpisywał i tyle. żadnych scen zazdrości. Koledzy mu mnie zazdrościli.
Koledzy... stale obecni w naszym życiu. Zanim zaczęłam być z Michałem, byłam ich kumplem.
Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz nerwy puściły mi pod koniec października, kiedy po powrocie do domu zastaję syf - nie zrobione nic, niepoznoszone naczynia do zlewu, niewyniesione śmieci. Nie zaczęłam krzyczeć, ale spytałam co on sobie wyobraża, że ja będę gotować, sprzątać, pracować i nie mogę liczyć nawet na małą pomoc? Nie chciałam się kłócić, więc wyszłam z domu, żeby się przejść, on chciał pogadać, ja powiedziałam, że nie mamy o czym, nie chce mi się, muszę ochłonąć. Wracam do domu, a on z torbami jedzie do siostry(!). Mimo, że się popłakałam i poprosiłam by wrócił, pojechał. Wrócił co prawda po godzinie, jak obiecał, ale powiedział mi, że nie wie, czy jest sens, czy nie warto robić przerwy... Umarłam, nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam hmm Ale zaczęłam tłumaczyć, prosić, został.
Druga kłótnia wybuchła o to, że wyszedł do kolegów, a ja poprosiłam, by jak już wypije piwo czy dwa wrócił do domu - wiadomo, wspólna noc itp, a seks był świetny Oczko I co? Piszę do niego, czy już wraca i dowiaduję się, że idą na miasto na imprezę, pobawi się i wróci.
Pierwszy raz się wkurzyłam, ubrałam się i powiedziałam, że też wychodzę, sama - miałam dość siedzenia w domu i czekania. Poszła kłótnia o to, że wiedział, iż jestem sama na mieście - nie zaproponował, żebym do nich dołączyła, nie wyszedł po mnie z klubu. Niby napisał, w jakim klubie aktualnie się bawi, ale ja nie miałam pojęcia, gdzie to jest Smutny Teraz obwiniam się za to, że nie podeszłam do kogoś na mieście i nie spytałam, gdzie ten klub się znajduje...Napisałam mu wtedy wiadomość, że czuję się, jakby w ogóle się mną nie interesował, że wszędzie widzę zakochane pary, że jestem sama, że mój kolega wykazał więcej zainteresowania niż on.
Rano, kiedy łaskawie wstał o 12 po moim budzeniu, próbowałam z nim pogadać. Podniósł głos i powiedział, ze nie wie, co chciałam osiągnąć swoim wyjściem, że skoro się ze mną nie kontaktował, to mi ufał (a mi chodziło o zainteresowanie, nie zaufanie) i że nie wmówię mu, iż kiedy byłam sama na środku miasta, ktoś mnie akurat gwałcił, a zresztą nawet jeśli to on i tak nie zdążyłby dobiec. Po tych słowach odechciało mi się gadać.
Ubrał się, wyszedł się niby przejść, zniknął na kilka godzin. Po jakiś 5 godzinach napisałam smsa, gdzie jest, nic. Zadzwoniłam. Lekceważąco, zimno, powiedział, że jest w akademiku (koledzy...), a jak będzie, to wróci. Nie poczułam się jak ukochana kobieta, ale jak ścierwo. Ubrałam się i pojechałam do naszej wspólnej koleżanki, do tego samego akademika, prosić ją o rozmowę z nim. Widziałam wcześniej na grupie akademikowej post, w którym szukali razem z kolegami zioła do palenia.Koleżanka skontaktowała się z nim, chcą pogadać, ale nie był w stanie - n******y, zjarany, cholera go wie. Znalazłam go w otoczeniu znajomych, w jakimś pokoju - zdjęłam z palca pierścionek, oddalam ze słowem "proszę", usłyszałam "dziękuję".
Na sobotę i niedzielę pojechał do siostry, przyjechał w poniedziałek po rzeczy. Wysłuchał mnie, ale to był monolog - miał podjętą decyzję. Płakałam, prosiłam, błagałam, przepraszałam za ten pierścionek - upokarzałam się jednym słowem. Nic. Sam przepraszam, za choćby te słowa o gwałcie, nie powiedział.
Trzy dni po rozstaniu już się widzieliśmy, tydzień później u mnie spał - nie kochaliśmy się, choć było blisko. Dwa tygodnie później znów przesiadywał, wtedy PO RAZ PIERWSZY udało nam się porozmawiać i tak naprawdę wyjaśnić, co nas bolało i co się stało - ale decyzji nie zmienił. Powiedział, że po oddaniu pierścionka coś w nim po prostu pękło, dodał, że nie potrafiłam rozmawiać - a przecież ja próbowałam... Potem znów przyjechał - chcieliśmy mieć kontakt po rozstaniu. Tydzień przed świętami wybuchła kłótnia, powiedziałam, że nie chcę mieć kontaktu przez mc, mają mi opaść emocje - szczególnie po tym, kiedy usłyszałam, iż powodem rozstania było to, że szukałam problemów tam, gdzie ich nie było. Uszanował to. Usunęłam wszystkie wspólne zdjęcia, on mnie zablokował. Po nowy roku zabrał resztę rzeczy, przekazała mu je moja koleżanka. Dowiedział się, że mam nowego faceta - zdementowałam to, powiedziałam, by w to nie wierzył, bo to nieprawda.
Nie mamy kontaktu de facto od 4 dni. Naprawdę chciałam jego powrotu, kocham go... Ale on mówi nie, dla niego sprawa jest skończona. Schudł, zmarniał, zapadł się w sobie, z tego co wiem, pije, jara. Ale ponoć też już kompletnie nie myśli o tym, co się stało, dla niego to przeszłość.
Nie wiem, co mam myśleć hmm Byłam przekonana, że mnie kocha... Widziałam to po nim. Kilka dni przed rozstaniem planowaliśmy święta, sylwestra. Wszystko stało się tak nagle. Ponoć kluczowe w tej historii było oddanie przeze mnie pierścionka - ale przecież ja nie zrobiłam tego ot tak... Te słowa o gwałcie, to lekceważenie, zimno... Koledzy powiedzieli, że zachowałam się niepoważnie i oni by tego nie wybaczyli. Ci chłopcy mają po 21 lat, żaden nie ma dziewczyny, ba, żaden z dziewczyną nie mieszka...
Jest po czym płakać? I czy warto gdzieś tam o sobie przypominać?
On mimo wszystko odpisuje na moje wiadomości, a kiedy zadzwoniłam po radę i pomoc, udzielił mi jej - więc chyba nie jestem mu całkiem obojętna. Ale być ze mną nie chce Smutny
A propos tego, że nie wyszedł po mnie, kiedy byłam sama na mieście: jego najlepszy kolega (któremu notabene mój były pokazywał wszystkie nasze smsy z kłótni), chłopak 21 lat, żadnej większej dojrzałości (guru mojego eksa hmm) stwierdził, że na początku naszej znajomości mój facet potrafił przybiec do mnie z końca miasta, kiedy byłam na imprezie z koleżankami, bo mnie zdobywał, a jak już mnie zdobył, to chciał mi dać wolność...
Kto tu oszalał?
Awatar użytkownika
malinka 61
Kobietka Expert
Posty: 4233
Rejestracja: czw paź 03, 2013 7:25 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: malinka 61 »

Droga Moniczko , dwa razy czytałam twój długi post ,i zrozumieć nie mogę ciebie , jak możesz takiego człowieka kochać , błagać o jego względy , ten człowiek nie nadaje się do życia w związku , on kocha kolegów ,picie , trawki i swoje przyjemności , ty dla niego jesteś tylko jakimś marnym dodatkiem , uciekaj od takiego człowieka , uczucia miną , znajdziesz sobie kogoś wartościowego ,który będzie ciebie szanował , nie marnuj sobie życia . Ocknij się , wywal go ze swojego życia , bo zasługujesz na na szczęście w życiu ,
Przy po­dej­mo­waniu de­cyz­ji, nie zważaj na in­nych, kieruj się głosem ser­ca i włas­nym instynktem...

Obrazek
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

No ale ja byłam z nim szczęśliwa... :( Naprawdę.
Wakacje były najpiękniejszym okresem w moim życiu.
Ja też nie jestem łatwym człowiekiem: problemy z anoreksją, bulimią, depresja, myśli samobójcze, poronienie, niepłodność, syndrom DDA. On mnie dzielnie znosił.
Byliśmy naprawdę fajną parą, wszyscy nam kibicowali, poznałam całą jego rodzinę, on moją. Było na poważnie.
Ale było najfajniej w wakacje, kiedy nie było kolegów. I wydaje mi się, że miał dość "moich problemów, których nie było" - czyli obowiązków, jakie spadają na każdą dorosłą parę, mieszkającą ze sobą.
Wiktoria
Miła Kobietka
Posty: 83
Rejestracja: ndz paź 26, 2014 7:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Wiktoria »

Myślę ze powinas z nim porozmawiać zapytać czy jeszcze coś do ciebie czuje czy cie kocha i czy możecie sprobowac jeszcze raz bo może warto skoro jeszcze go kochasz facet się zmienia w towarzystwie swoich kolegów wiem coś o tym ale jeżeli cie kocha to zmieni się dla ciebie
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Droga Wiktorio,
Kiedy go poznałam, wyciągałam go z trawiastego dołka, dawałam jedną, drugą, piątą szansę. Zagroziłam rozstaniem w czerwcu, bo miałam dość po kolejnym jego zjaraniu. Siedział ze spuszczoną głową i nie wiedział co powiedzieć. Ale nie mogłam odejść, bo bolało mnie serce. Zostałam, a on ZACZĄŁ SIĘ ZMIENIAĆ. Odmawiał palenia, bo wiedział, że tego nie lubię. Ale dziś widzę, że wytrzymał krótko, może miesiąc - nie palił wtedy całe wakacje, bo nie miał do tego dostępu. Ale jak zaczął się rok akademicki, znów zaczął popalać - ja mówiłam, ze robi to coraz częściej, on, że przecież nie obiecywał, że zrezygnuje całkiem, ale że ograniczy. Nie tyle chodziło mi o jego jaranie, co o to, że np obiecywał, że wróci do domu po godzinie, a wracał po nocy - zjaranie było tylko dodatkiem.
Dzielnie trwał przy moich chorobach i przy mnie.
Ja też nie mam łatwego charakteru, często trzeba ze mnie "wyduszać" , co mnie boli. Wyniosłam to z domu, jako DDA, nikt moimi problemami się nie interesował. On się denerwował, że mu o niczym nie mówię - z drugiej strony kiedy teraz poważnie zachorowałam, i niestety wydawałam grube pieniądze na lekarza, leki, nawet nie przyszedł, nie zapytał, nie zainteresował się, ile wydaję na leki czy wizyty... Gdy kupowałam leki, stał przed apteką.
Od jakieś czasu miałam dziwne przeczucie, że coś się zmieniło, że jego zainteresowanie nie jest już takie, jak było - siedząc na obiedzie, nie mieliśmy o czym rozmawiać, a idąc na wspólny spacer, na moje pytanie, gdzie idziemy, usłyszałam: odwiedźmy chłopaków w akademiku!
Powinnam była z nim porozmawiać wtedy, co czuję, ale spychałam gdzieś swoje wątpliwości w głąb czaszki.
Pierwsza sprzeczka, a on już chce się wyprowadzać: wpadłam w lekką histerię, kiedy myślałam, że go stracę, płakałam, błagałam, namawiałam, tłumaczyłam - on nie był do końca przekonany, widziałam, że mi się wymyka. Ale został.
I druga kłótnia - niezrozumienie. Ja poprosiłam by wrócił do domu, zignorował moją prośbę, polazł na imprezę - żeby choć napisał, że są takie plany, albo zadzwonił, zaproponował, abym do niego dołączyła - przecież byłam ponoć najważniejszą dla niego osobą. Nic. Nawet kiedy wyszłam na miasto, sama, nie dało mu to nic do myślenia. Poczułam się nieważna, pokłóciliśmy się.
Wierz mi, pytałam go o szansę kilka razy. Powiedział nie. Stwierdził, że coś w nim pękło po tym, jak oddałam pierścionek. Musiałam cholernie uderzyć w jego dumę, a może go zranić, nie wiem. Z drugiej strony on też nie potraktował mnie fair, swoim zachowaniem doprowadził mnie nad granicę, którą niestety przekroczyłam. Ja oddając mu ten pierścionek, nie traktowałam tego jak zerwanie - on to tak potraktował, a może chciał tak potraktować.
Nie chce ze mną rozmawiać, dla niego sprawa jest skończona. Powiedział, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, oświadczył, że daliśmy sobie szansę przy pierwszej kłótni (porządek) i jesteśmy kwita. Zimno, bez empatii, jakby załatwiał interesy.
On nie chce już niczego ode mnie. Zamknął ten rozdział. Pytałam nie raz o szansę - NIE. Jedyna nadzieja w tym, że faceci ponoć rozumieją po czasie...
Awatar użytkownika
Renata.Bl
Miła Kobietka
Posty: 31
Rejestracja: pn sty 05, 2015 11:49 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Renata.Bl »

Do rozstania potrzeba jest odwagi i odrobinę szaleństwa w umyśle. Nie :) przechodziłam tego, ale współczuję osobie doznającej tego.
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

To jest jak oderwanie części siebie ;)
Generalnie chłopak stracił dużo: dziewczynę, której zazdrościli mu koledzy i za którą ludzie się oglądają na ulicy, z tytułem inżyniera, z językami obcymi, elokwentną, wykształconą, z naprawdę wielkim i dobrym sercem, pełną pasji, wyrozumiałą.
Z perspektywy czasu patrzę co nas połączyło: bo on, mieszkający w akademiku, bez pracy, bez większych ambicji, nie przeczytał w swoim życiu chyba ani jednej książki - ja pochłaniam, bez żadnych większych pasji, ze słomianym zapałem...
Często mi powtarzał, co ja w nim widzę. Kochałam go, ale kiedy on potrzebował miesiąca, by się zakochać - ja aż pięciu... Ale jak już się zakochałam, to na całego.
Kiedyś czytałam, że mężczyzna, który kocha (a on przy rozstaniu powiedział, że kocha), odchodzi od kobiety, gdy czuje, że jej nie dorównuje, intelektualnie, finansowo, czuje się gorszy, czuje, że ją ogranicza... Może coś w tym jest...? Choć dla mnie był całym światem, może jednak czuł, że mi nie podoła.
Sama już nie wiem.
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Mysle, ze to wszystko nie jest takie proste i jednoznaczne.
Ale to co wspolnie przezywaliscie bylo tak naprawde ogromnym koszmarem , przeplatanym miloscia.
Zycie generalnie nie jest latwe a juz napewno utrzymanie dobrych relacji i tej niewidzialnej nitki porozumienia sie mimo roznych wad.
Tego mi w waszym ukladzie zabraklo , choc tak naprawde bylo o to porozumienie sie bardzo trudno.
Jak z Twojego opisu wynika wiele Was laczylo ale i tez dzielilo, dlatego nie dziw sie , ze Wlasnie zakonczylo sie rozstaniem.
To musialo miec taki final i doszukiwanie sie przyczyn i obwinianie konkretnych zachowan jak ow pierscionek, jest
czystym nieporozumieniem.
Ja mysle, ze koledzy i imprezowy charakter zycia dopelnil tych notorycznych rozdzwiekow miedzy Wami.
Czasami milosc naprawde nie wystarcza w takim ukladzie jak Twoj.
Potrzeba czegos wiecej , tej wewnetrznej motywacji i zaangazowania obu stron .
W Twoim ukladzie tego zabraklo.
Chce tez powiedziec, ze dosc czesta przyczyna takiego smutnego scenariusza zyciowego jest niedopasowanie partnerow , co mozna zaobserwowac wlasnie w Twoim zwiazku.
Inna przyczyna jest tez tak przemozny wplyw otoczenia , czyli kolegow na psychike Twojego partnera ktory
poniekad zostal prawie ubezwlasnowolniony w swoim zachowaniu sie do Ciebie.
Mysle, ze Twoj partner to osoba o wyjatkowo slabej i chwiejnej emocjonalnie konstrukcji psychicznej ,ktora nie jest, w stanie podejmowac racjonalnych decyzji ani tez kierowac sie rozsadkiem.
Przyszlosc u boku takiego czlowieka to emocjonalna agonia i poczucie wiecznych frustracji.
Czy tego chcialabys?
Mysle, ze nie bo potrafisz mimo wszystko wlaczyc myslenie i realizm .
Ta sytuacja choc smutna w doslownym tego slowa znaczeniu , jest moim zdaniem tylko z pozoru taka , bo niezaleznie od tego co w tej chwili czujesz i co myslisz daje podstawy by powiedziec, ze nie ma tego zlego coby na dobre nie wyszlo.
Niedaleka przyszlosc pokaze , ze rozstanie , mimo uczuciowego bolu i smutku, bylo i jest czyms co uratowalo Cie przed ,,czarna,, przyszloscia.
Za jakis czas odetchniesz z ulga.
Trzymaj sie i stapaj po ziemi mocno, bo tylko tak utrzymasz sie w dobrej kondycji psychicznej. :pisze:
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Astro :),
Jak powiedziałaś, wszystko jest niejednoznaczne: z jednej strony on nie dorastał do w pewnych kwestiach, ale z drugiej idealnie się dobraliśmy pod kątem światopoglądu, wyznania, wartości, spojrzeń na przyszłość.
Co mnie denerwowało? Z perspektywy czasu na pewno to, że nie było kompromisów - było moje ustępowanie. Chciałam psa, usłyszałam: nie, nie będę swoich spotkań z chłopakami podporządkowywał spacerom z psem. Chciałam jechać na weekend: wiem, że Ty zarabiasz, ale ja nie mam pieniędzy, a rodziców o więcej prosił nie będę. Nawet w kuriozalnej sytuacji wyboru restauracji na obiad nie szliśmy na kompromis, tylko ustępowałam.
Był stanowczo słabszy psychicznie - ja po kłótni wolałam iść się przejść, on zachlewał pałę. Nie radził sobie z tym. Zresztą z piciem... W zasadzie każde wspólne wyjście, na którym byłam ja, jego znajomi kończyło się tym, że spijał się najbardziej. Jego koledzy odprowadzali mnie do taksówki po tym, jak zatargałam go do łóżka. Z wesela jego siostry w Lesznie też jego targałam. Mi też się zdarzyło, to prawda, opiekował się mną. Ale wydaje mi się, że to ja generalnie miałam większe poczucie odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za całe nasze życie. Ja płaciłam rachunki, on się tylko ze mną rozliczał. Ja zarządzałam sprzątanie i rozdzielałam zadania, ja pisałam w smsie, jadąc do pracy, co trzeba zrobić danego dnia, ja wiedziałam, czego brakuje w domu i co trzeba kupić. On pamiętał tylko o zakupach na swoje obiady na siłownię i o urodzinach członków swojej rodziny.
Z drugiej strony, jestem dzieckiem DDA, moja mama zmarła w najgorszym dla mnie okresie: kiedy zdawałam maturę, prawo jazdy, kiedy szłam na studia. Siostra mieszka za granicą, tata się podłamał. Jestem cholernie silna. Musiałam być, życie mnie tego nauczyło. Silna, zorganizowana, odpowiedzialna. Nie odpuszczam sobie, zawsze były studia, dwa kierunki, języki, sport, a i obowiązki domowe, tacie trzeba było pomóc. Dużo od siebie wymagam - kiedy zaczęłam też wymagać od niego, odszedł.
Koledzy... Jestem nadal przez nich lubiana. Ale z perspektywy czasu widzę, że łączyły nas głównie wspólne imprezy. Gdy rozmawiałam z jego przyjacielem po naszym rozstaniu i mówiłam, jak często mnie krzywdził, wracając do domu zjarany, usłyszałam: to nasza wina, myśmy go namawiali.
Ale przecież miał swój rozum, mógł odmówić. Choć z drugiej strony, jeśli usilnie namawiali go do tego, to są w jakimś tak stopniu odpowiedzialni za rozwalenie tego związku.
Przykre jest tylko to, że mój były widzi winę tylko i wyłącznie we mnie - nie w sobie, nie w kolegach, tylko we mnie. To boli. Ale może to właśnie ta niedojrzałość.
Wydaje mi się, że przytrafiliśmy się sobie parę lat za wcześnie - z drugiej strony, ludzie się nie zmieniają... Czy on by się zmienił za te kilka lat...?
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Nie pomylilam sie , Jestes bardzo silna osobowoscia i nie co do tego zadnych watpliwosci .
Ale niezaleznie od Twojej sily wewnetrznej masz takze caly bagaz roznorakich rozterek i watpliwosci ktore
robia balagan w Twoim sercu.
I to jest naturalne , bo najczesciej w zyciu sluchamy serca , ktore bardzo trudno jest uspokoic i uciszyc.
Zreszta niezwykle wymownie ujal to Paulo Coelho w Alchemiku,,bo nie uciszysz go nigdy.I nawet gdybys udawal,
ze nie slyszysz , o czym mowi, nadal bedzie bilo w twojej piersi i nie przestanie powtarzac tego, co mysli o zyciu i o swiecie,,.
Mysle, ze te slowa oddaja wiele.
Jestem tez pewna, ze Twoj byly partner z pewnoscia zmieni sie za kilka lat ale czy wroci mu rozsadek i bedzie potrafil wsluchiwac sie takze w swoje serce?
To akuratnie trudno powiedziec i przewidziec.
A Ty?
Jestem pewna , ze spotkasz swoja milosc ktora bedzie autentycznie miloscia , nie namiastka, jak ta o ktora sie
tylko otarlas. :pisze:
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Moim błędem - choć nie wiem, czy można nazwać to błędem - jest to, że często słucham tego serca bardzo mocno. Ciężko mi się zakochać, nie jestem łatwa w podejściu, często, kiedy mężczyzna myśli, że mnie zdobył, ja się wycofuję. I nie wynika to z tego, że jestem suką, która łamie męskie serca - boję się, uciekam.
To, że trwałam z facetem, którego uczciwie mogę powiedzieć, nie kochałam przez pierwsze 3,4 miesiące naszego związku, jest dla mnie dziś niezrozumiałe. To, że się tak szybko nie wycofałam, że dałam mu szansę. Choć teraz wiem dlaczego - nie traktowałam go jak potencjalnego partnera, bardziej byłam zadurzona w jego koledze i spotykałam się z nimi zawsze w trójkę, nastawiona na jego kolegę.
A wyszło jak wyszło ;) Zakochałam się, niespodziewanie. A kiedy już pokocham, kiedy kocham, to całym sercem, całą duszą, uchylę nieba i dam serce na dłoni.
A to też niedobrze ;)
Ja pamiętam siebie sprzed dosłownie dwóch lat, roku - mieszkanie z tatą, żadnych większych zmartwień, nie musiałam pracować. Do dziś jestem tacie wdzięczna, że mnie utrzymywał i mogłam pozwolić sobie na skończenie studiów dziennych, nie zawsze się to zdarza. Imprezy, dobra zabawa - byłam taka sama jak on dzisiaj. Czy mogę mieć do niego pretensje?
Nie.
Zakochał się, sądził, że da radę wejść w normalny, dorosły związek. Mimo, że mamy tyle samo lat, ja kończę studia, on jest na III roku z powodu pewnych okoliczności. Ja w jego wieku gdy słyszałam o poważnym związku, wybuchałam pustym śmiechem. On się przeliczył, wydawało mu się, że da radę, że przecież to nie może być nic trudnego.
A niestety, różnice były zbyt duże. Nie dał rady. Ale nie mogę go winić. Kochał mnie, szanował, i wiem, że to co robił źle, nie robił naumyślnie. Nie ten typ człowieka.
Chcę go spotkać za parę lat, przypadkiem, na ulicy. Wierzę, że będzie mi to dane. Ciekawe, co mi wtedy powie... Może, że żałuje?
Ostatnio zmieniony pn sty 19, 2015 12:11 am przez BlackJackRose, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Tak to jakos w zyciu uczuciowym ludziom wychodzi czasami na opak.
Najwazniejsze, ze zdobyte doswiadczenie , choc gorzkie jak piolun, otworzylo Ci oczy na rzeczywistosc .
Mysle tez , zdobytej lekcji nikt Ci juz nie odbierze.
Czasami musi wrecz dojsc do takich drastycznych konfrontacji, by mozna bylo wprowadzic prawdziwe uczucie a pozegnac
to co wprowadzalo tylko chaos i balagan w Twoim zyciu.
Serdecznie zycze Ci goracych i prawdziwych uczuc. :pisze:
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Wydaje mi się, że jednak prawdziwe uczucie było, ja je czułam... Ale może się mylę?
Pomijam fakt, że mówił o tym jak mnie kocha - miłość była w każdym jego spojrzeniu, pożądanie, namiętność. Czułam to, byłam szczęśliwa, kochana, akceptowana.
Więc tym bardziej nie wiem, co między nami zaszło: może nie mieliśmy tego doświadczenia, może jego duma, nasza nieumiejętność rozmowy, nieprzerobienie paru spraw.
Nie mam pojęcia...
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Z czystej ciekawosci pytam, jak Twoje samopoczucie?
Czy dajesz rade? :o
martys
Jestem tu nowa :)
Posty: 2
Rejestracja: sob sty 24, 2015 8:27 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: martys »

Hej bylam kiedys w podobnym zwiazku na szczescie trwal on jedyne 6 miesiecy po 3 chcialam uciekac gdzie pieprz rosnie ale dalam szanse ktorej zalowalam i po 5pelnych miesiacach ucieklam .... nie zaluje. Dzis mam cudownego meza i coreczke czasami wracam do tamtego pamiecia ale mysle Boze jakie ja mialam szczescie ze ucieklam mialam chyba wiecej rozumu w glowie i uwierz taki facet nie jest wart !!!
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Cześć :)
Tak, daję radę ;)
Nie chcę, żeby z mojego opisu wynikło, że miałam kogoś, kto tylko pił, ćpał, nie szanował mnie itp. Tak nie było. Błędy, potknięcia były po obu stronach.
Tylko dziś już wiem, że rozstanie nie nastąpiło w ten piątek, kiedy oddałam pierścionek. Ono nastąpiło w weekend, kiedy mój były przebywał u siostry i szwagra - mają ze sobą rewelacyjny kontakt, bardzo się kochają. I to tam, na mojego byłego, który się wahał, a który jest słaby, wpłynęły dobre rady.
Mam pewne podstawy, żeby tak przypuszczać i żeby wiedzieć, że tak rzeczywiście mogło być - podstawy, smsy, zachowania...
Cóż.. Przegrałam.
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Madra z Ciebie kobietka .
I tak szczerze mowiac to nie Ty moim zdaniem przegralas, choc nie warto szczegolowo i detalicznie to rozliczac.
Ale niezaleznie od wszystkiego zdobylas cos bardzo cennego a mianowicie, doswiadczenie , choc przykre w
doznania to pozwalajace w przyszlosci na wlasciwa perspektywe postrzegania rozwoju potencjalnego zwiazku.
Ta nauka, to kolejna juz odrobiona przez Ciebie lekcja zycia.
Mimo wszystko uszka do gory. :ok:
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Wiem, że nie ja przegrałam ;) on stracił kobietę, cóż, niektórzy mówią, że piękną - kwestia gustu, ale na pewno inteligentną, oczytaną, elokwentną, ogarniętą, odpowiedzialną, taką, która pijanego położy do łóżka, spokojną, ale jednocześnie z charakterem w łóżku (nigdy nie odmawiającą seksu :D), zgrabną, wykształconą, silną, radzącą sobie w życiu...
Do tego stracił kogoś, kto chciał mu dać rodzinę - niech tworzy ją teraz zatem z kolegami. Stracił dom, ciepło, bezwarunkowe wsparcie, przystań, do której mógł wrócić zawsze i w każdym stanie. Zostawił coś pięknego na rzecz g***a. Na rzecz mieszkania kątem, zielska, alkoholu, może i przygodnego seksu, który każdego następnego dnia daje coraz większą pustkę.
On jest inteligenty. Ja myślę, że on teraz tego nie widzi - jego życie to "spokój", jak sam powiedział. Bez problemów, bez wymagań. Ale to życie się skończy. Rok, dwa, skończą się studia, koledzy rozjadą, zacznie się prawdziwe życie. Wtedy może przypomni sobie o tym, co miał. Dopiero jak pozna, czym jest prawdziwe życie i prawdziwe problemy, doceni. Jak znajdzie kobietę, która będzie robić awantury. Tak to jest, że doceniamy często po czasie.
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Nie da sie ukryc , ze taki wlasnie scenariusz zdarzen go czeka.
Tak sobie mysle, ze widocznie ,,zachcialo,, sie mu zycia na pelnych obrotach tu i teraz .
Facet po prostu oszalal , zeby nie powiedziec , ze zwariowal.
Smutne, ze jak przyjdzie to otrzezwienie po skonczeniu studiow , to wtedy dopiero beczka lodowatej wody
wyleje mu sie na jego przegrzana z zyciowych glupot glowe.
No coz, nawet w takim przypadku inteligencja jest nieprzydatna.
Mysle tez , ze widocznie za duzo szczescia spadlo na niego z Twojej strony i byc moze to wszystko go przeroslo.
Moze... :pisze:
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Mam też rozterki: może powinnam z nim rozmawiać? Może wytłumaczyć parę rzeczy, żeby nie rzec - wychować. Wiem, że nie jestem jego matką, ale przecież w każdym facecie jest coś z dziecka.
Co innego, gdy facet ma złe intencje, oszukuje, zdradza, krzywdzi świadomie - co innego chłopak, który dużo rzeczy robi, bo naprawdę nie widzi tego, że może robi źle. Może powinnam była po prostu powiedzieć...? Może by strzelił focha, ale zakodował by sobie pewne rzeczy. To tak jak z porządkiem: kiedy postawiłam na swoim i wybuchła mała sprzeczka, zaczął myć naczynia, wycierać... Może on po prostu potrzebował czasu, nikt go tego nie nauczył i nie miał gdzie się tego nauczyć, może gdyby wystarczyło mi cierpliwości i zamiast wychodzić na miasto po to, by mu dać do myślenia, mogłam zostać w domu i rano dać upust swojemu niezadowoleniu?
Ale z drugiej strony, ile można grać uczącą wszystko matkę i tłumaczyć, ze on nie wiedział? Razem z kolegą odprowadzali koleżankę na drugi koniec miasta, bo wiadomo, po nocy. Czyli on wiedział. A nie wiedział, że niezależnie od okoliczności, obietnice składane swojej kobiecie, czy opieka nad nią, są najważniejsze?
Nie potrafię go rozgryźć.
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Wiesz znalam jedna osobe ktora bardzo podobnie myslala jak Ty i tak jak Ty miala rozterki i watpliwosci, mimo
rozstania sie.
Podobnie jak Ty zastanawiala sie czy aby nie porozmawiac i cos facetowi uzmyslowic.
A wiesz dlatczego?
Bo ten typ byl pomimo swojego,,paskudnego ,, i niewdziecznego zachowania sie w gruncie rzeczy , gdzies tam
po skora dobrym czlowiekiem .
Ale podobnie jak u Ciebie nie mial dobrych wzorcow i byl taki jaki byl.
Mysle, ze powinnas zaaranzowac spotkanie - rozmowe by moze polozyc kres tym domyslom , rozterkom i watpliwoscia.
Powiem Ci , ze ludzka rzecza jest bladzic i to nie jest zaden wstyd , ale wstydem i hanba jest to, ze czasami nie
chwytamy sie tak naprawde ostatniej deski nadziei.
Moze ta rozmowa bedzie ta nadzieja?
Moze mimo takiego fatalnego rysunku osobowosciowego , jest o co podswiadomie zabiegac?
Widze, ze nie Jestes przekonana , a to dobrze moze wrozyc.
Oby, bo bardzo Ci kibicuje. :pisze:
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Nie, on już nie chce ze mną rozmawiać. Dla niego sprawa jest zakończona. Stwierdził, że wszystko co miało zostać powiedziane, powiedziane zostało i koniec.
Zastanawia mnie jedna rzecz: ja po czymś takim, z gruntu błahej sprawie, tak szybko kategorycznie można powiedzieć "NIE". Nie "zastanowię się", nie "przemyślę, dajmy sobie czas", tylko od razu "nie". Może to właśnie jest ta niedojrzałość? Może on potrzebuje w życiu solidnego kopa, by zrozumieć, czym jest kryzys i problem?
Nie było zdrady, kłamstwa, oszustwa, były emocje i poniosło nas. Raz, jedyny.
Jego kolega powiedział mi dzień po kłótni "do oddania pierścionka on zastanawiał się czy z Tobą być - potem już raczej nie miał wątpliwości". On nie podjął decyzji pochopnie, on ją przemyślał. Ale wiem, że pierścionek nie był powodem - już kiedyś mu go oddałam, gdy nawalił, co prawda, na osobności - coś musiało w nim narastać, coś o czym nie nie powiedział - tak jak we mnie narastała złość, że mnie nie traktuje tak, jak powinien.
Z tym, że ja chciałam walczyć, rozmawiać i naprawiać - on, że wszystko już zostało powiedziane, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi i że to jest koniec.
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Troche czasu juz minelo , wiec jak sie trzymasz? :o
BlackJackRose
Jestem tu nowa :)
Posty: 13
Rejestracja: ndz sty 18, 2015 6:23 pm

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: BlackJackRose »

Już dobrze :) Po wytłumaczeniu sobie pewnych rzeczy jest ok :)
Awatar użytkownika
Astra
Super Gaduła
Posty: 1827
Rejestracja: sob mar 22, 2014 1:28 am

Re: Rozstanie - kto tu oszalał...?

Post autor: Astra »

Ciesze sie , ze dalas rade to przeanalizowac i zrozumiec.
Zycze powodzenia. :)
ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: FAST WebCrawler [Crawler], Snappy [Bot] i 1 gość