Ludzie mówią, że mi psychologa potrzeba a nie lekarza...
Nie wiem kompletnie co z tym zrobić już. Nawet teraz siedzę przy komputerze ze łzami, bo się z mamą pokłóciłam. Wygarnęłam jej, że ona nie widzi problemu a ona uznała, że zaprowadzi mnie do psychiatry bo psycholog już nie pomoże. Mój tata jest tego samego zdania, moje przyjaciółki też, nawet mój "potencjalny" partner uważa, że jestem głupia a nie gruba. Ale ja widzę ten pieprzony obleśny brzuch codziennie i tylko patrzę, czy dalej mam kości na obojczykach i czy nadgarstki wystają jak wystawały... Idę ulicą i patrzę, czy jest okey... w niektórych szybach wyglądam dobrze...
Siadam, poprawiam spodnie, poprawiam bluzkę, byleby brzuch się nie odznaczał.
Chodzę, patrzę tylko czy się nie wylewa...
Leżę... w takiej pozycji, by nie było go widać...
Jestem zdecydowana odkładać kasę na operację plastyczną, bo ja już tego psychicznie nie wytrzymam! Ludzie mówią, że to skóra, bo dużo schudłam...
Ja widzę co innego... Ciągle mam nerwy, ciągle jestem zdenerwowana i zdołowana. Od dwóch miesięcy nawet okres mi się papra zanim się zacznie normalnie. Nie potrafię przestać myśleć o niczym innym tylko o tym, że jestem gruba i mogę być jeszcze bardziej gruba i nikt tego nie rozumie. Nikt z mojego otoczenia nie traktuje poważnie moich obaw... To chyba boli najbardziej... Wstaję rano i mam ochotę potłuc lustro! WSZYSTKIE LUSTRA! Nie pozwalam się dotykać, przytulać, jak ktoś na mnie patrzy, patrzę spode łba albo odwracam wzrok. Jestem obleśna, okropna... Zawsze liczyły się tylko moje koleżanki. Moi rodzice zastanawiają się, dlaczego ja jeszcze nigdy chłopaka nie miałam?! Bo jestem obleśna! Najpierw mnie nie chcieli wcale, teraz chcą mnie tylko na jeden raz... I za każdym razem "on był nieodpowiedni"... naliczyłam 40 chłopców, których chciałam, na 40 razy zwycięstwa = 0 ! To się nazywa mieć pecha do ludzi... Albo po prostu jestem tak obleśna, beznadziejna i badziewna, że nic mi się w życiu nie należy. Te samochody tylko rozkładam i składam. One przynajmniej nie krzywdzą, nie mówią, że jestem gruba "krowa, świnia, beczka, yeti" (itp.) ... Jedyne co mogą mi zrobić, to spaść na mnie jak źle lewarek podłożę, ale niestety zawsze robię to dobrze...Rzygać mi się chce na takie
życie. Wstaję rano, nie chce mi się w ogóle podnieść, jak mam się ubierać, to jestem chora. Mam wrażenie, że nic na mnie nie leży jak powinno. Jak mam wyjść na ulicę, to jestem jeszcze bardziej chora... Jak mam wyjść do ludzi... to jestem w panice. Nie chodzę na imprezy, bo nie mam na to kasy, zdrowia ani siły... Ostatnią odchorowywałam 2 dni, choć nie piłam. Po 1.5 butelki piwa jestem ugotowana ... a za godzinę trzeźwa. Nawet pić nie potrafię. Nic mi się nie udaje. Przyjaciółka mnie wystawiła, pozostałe dwie nie chcą mnie słuchać, nikt nie chce mnie słuchać! Facet w którym się zakochałam, któremu ZAUFAŁAM (odważyłam się), zrobił ze mnie śmiecia... i szmatę (to, co zrobiłam dla niego... żałuję tego cały czas od roku z każdym dniem coraz bardziej). Facet którego teraz kocham jest idiotą, jest psychicznie chory, na dodatek ma kobietę dwójkę
dzieci... A mimo to kocham go! Bo potrafił powiedzieć mi jakiś komplement... Ale teraz coś mu znowu odpie*doliło i strzelił focha... Ma zmienne nastroje gorzej niż ja, bo mój nastrój od kilku miesięcy utrzymuje się na poziomie zero.
Poszłam na studia. Studiowałam historię (WTF !), bo rodzice chcieli. Rodzice doszli do wniosku, że znowu miałam rację. Ludzie nie z mojej bajki, nie z moimi poglądami... Pokazałam im, że mam swój
świat, swoje zabawki. Nie mówiłam nic o sobie, co ich irytowało. Gdy odeszłam z dnia na dzień, zaczęły się
plotki... Bo chodzę jak kaczka (jestem po nieudanej artroskopii kolana, w dodatku mam chory kręgosłup) i jestem "gruba i przeżarta" ... akurat wtedy nie bardzo miałam czym się przeżreć bo nie mieliśmy wiele do jedzenia w domu (problemy finansowe). I tak ciągle i ciągle... Jedynie starsi faceci widzą we mnie jakąś urodę. Miałam kolegów, miałam pełno kolegów... Olali mnie! Wszystkim pomogłam, a oni mnie olali.
Ostatni "chłopak" w którym się kochałam z awanturą powiedział mi "chciałem ci pomóc! Ty nie chciałaś!" ... Czy w/g Was pomocą nazywa się wyzywanie rodziców drugiej osoby, chociaż się ich nie zna? Nakaz "sprzedania samochodu" w celu chodzenia na treningi (bo kiedyś powiedziałam że wrócę do boksu, ale zdrowie mi nie pozwala na to ani finanse, sprzedałam samochód i problem i tak wrócił, bo to nie jest tak), mówienia jak żyć, jaki kolor włosów mieć, co robić, a na dodatek przy "dotykaniu" robić krzywdę i uważać, że to mi się podoba... Czy to jest pomoc?
Mam tego wszystkiego dosyć. Tak wiem, co powiecie. Użalam się nad sobą.
Raz nie zawsze. Walczę od kilku lat, walczę i przyzwyczaiłam się do samotności, do tego że będę sama już zawsze, bo nawet nie potrafię nikogo do siebie dopuścić, boję się zaufać, boję się znowu zostać skrzywdzona, oni nie mają dla mnie litości.
Na dodatek walczę z własną psychiką, która albo zniekształca swój obraz, albo widzi się taką, jaką chce się widzieć.
Nie myślałam o tym, gdy miałam zajęcie. Od 3 miesięcy gdy nie chodzę na uczelnię, a wujek nie ma nic do roboty w warsztacie, siedzę w domu i myślę, płaczę, myślę...
Mam lęki! Nigdy niczego się nie bałam a teraz nie mogę zasnąć bez słuchawek w uszach i wielkiej pluszowej owcy przy sobie...
Wiecie? Rok temu byłam energiczną dziewczyną, która gasiła wszystkie głupie opinie, która zawsze znalazła wyjście z sytuacji i która się uśmiechała...
Teraz mój śmiech jest sztuczny, co wiele osób mi często mówi...
Czasem mam wrażenie, że obserwuję siebie z boku. Że jestem stara, wszystko mnie ominęło. Gdy inni się bawili, ja stałam pod ścianą. Nigdy nie zapomnę dwóch imprez mojego życia:
- bal szóstoklasistów w podstawówce, kiedy wszystkie dziewczyny tańczyły, a ja jedyna (JEDYNA) siedziałam pod drabinkami, bo nikt mnie nie poprosił do tańca, podeszła wtedy grupa chłopców i jeden z nich mnie poprosił, wstałam a oni zaśmiali się i odeszli...
- studniówka, ubrana w długą, chabrową suknię z gorsetem wyglądałam jak królowa śniegu, wyobraźcie sobie, że mój tata ubawił się lepiej niż ja, bo był w komitecie studniówkowym... nikt z wielu kolegów nawet nie poprosił mnie do tańca, kiedy ja prosiłam, wykręcali się... całą noc spędziłam sama, oprócz tego, że prowadziłam program studniówkowy...
Nie zapomnę tego do końca życia...