I ilekroć wracam do domu po wizycie u teściów (mieszkają z córką i wnusią), to bogu dziękuję, że tych dzieci nie mam. O 16 jestem już po pracy w domu (ale nie mam jakiejś super posady, nie zarabiam 8 tysięcy), jemy z mężem wspólnie obiad, wychodzimy do kina, na spacery, w weekendy jeździmy na wycieczki. Ogólnie - nie nudzimy się.
I teraz - zwykle jak przychodzimy w odwiedziny, to przynosimy coś dla dziewczynki, czasem coś "lepszego" (jakąś większą zabawkę, czy markowy ciuszek), a czasem tylko czekoladę i książeczkę. Jesteśmy tam mniej więcej raz na dwa tygodnie, więc nie wyobrażam sobie, żeby co 2 tygodnie kupować jakąś wypasioną zabawkę, i uważam, że drobny upominek wystarczy. Niestety tak rozpieściliśmy siostrę męża, że mówi nam wprost, że małej przydałoby się to i to, a mąż czuje się w obowiązku to kupić. No i dobra, okej, moglibyśmy kupować jakieś mniejsze zabawki nawet co dwa tygodnie, ale siostra nie zażyczy sobie pluszaka za 30 zł, tylko np. szczeniaczka uczniaczka z markowego sklepu, który kosztuje ponad stówę. Ja rozumiem kupić taki prezent na urodziny czy święta, ale tak o, po prostu? Jak wspomniałam o tym w rozmowie, to siostra stwierdziła, że przecież możemy sobie pozwolić, więc "co nam szkodzi".
Druga sprawa jest taka, że mam za domem małą szklarnię, (3 m długości), i posadziłam tam sobie pomidory, ogórki, marchewkę, bo jestem fanką zdrowego jedzenia, a przecież ze swojego ogródka najlepsze. Po czym przyszła do nas siostra męża z mamą, siostra wyszła, teściowa z nami została. Ja patrzę, a szwagierka niesie w reklamówce to, co zdążyło urosnąć, "bo dla małej". No kurde, nie wiem czy tam były ze 3 pomidorki, kilka malutkich marchewek, i uwaga, dwa ogórki. No i pytam, po co obrywała, przecież to jeszcze nawet niedojrzałe (np. pomidorki były miejscami żółtawe), a jak dojrzeją, to sama bym jej zaniosła trochę. Na co ona do mnie, że jestem skąpa (?) żałuję dziecku (?), jestem egoistką (?) a pewnie jeszcze jestem bezpłodna i jej zazdroszczę (?!).
W ten miły sposób zabrała się i wyszła (oczywiście razem z tymi niedojrzałymi warzywami) i wyszła, teściowa za nią. Mój mąż oczywiście mnie pocieszał i powiedział, że miałam rację, no bo przecież po tych niedojrzałych pomidorach to się mała pochoruje.
Nie wiem co z tym zrobić?
Druga sprawa, jak już wspomniałam - nie chcę i nie planuję mieć potomstwa. Ja biorę tabletki już 10 lat, więc wspólnie z mężem ustaliliśmy, że któreś z nas podda się zabiegowi ubezpłodnienia, i na 90% będę to ja. On stwierdził, że okej, lepiej dla mojego zdrowia, bo tabletki nie są obojętne, i ja też mam już dość pamiętania codziennie o wzięciu. Dla zainteresowanych - przecinam jajowody, nie wycinam macicy.
Od jakiegoś czasu słyszę natomiast docinki jego rodziny (mimo, że wyraźnie mówłam, że dzieci NIE BĘDZIE), że oni by chcieli dzidziusia (to sobie zróbcie), że "mam nadzieję, że wasze dziecko będzie miało oczy X (męża)". Na święta u teściów padł tekst "żeby nam się rodzina powiększyła" (no, mamy w planach kupić aleksandretę, taką papugę). Teść rzuca tekstami, że mąż nie umie się zabrać do pracy jak należy, a nawet przypadkiem usłyszałam, jak mu mówi, że "nie w tą dziurę wkłada" (robili coś w garażu, ja przechodziłam). Ta małolata, siostra męża rzuca tekstami, że tylko prawdziwe kobiety mają dzieci, dzieci to sens życia. Aż raz, jak mnie naprawdę mocno wkurzyła, ale to tak NAPRAWDĘ (wyszliśmy z małą na spacer i lody, żeby ona mogła sobie spokojnie z narzeczonym na skype pogadać, wróciliśmy, i ona do mnie, że bez dziecka to się muszę czuć bezwartościowa W TYM WIEKU), to jej powiedziałam, że wcale się nie dziwię, że dziecko to sens jej życia, bo innego sensu nie miała okazji poznać. Teściowa wzięła mnie raz na rozmowę, że jak mam problemy z zajściem w ciążę, to ona mi może pomóc w klinice bezpłodności, i że modli się w intencji mojej ciąży.
Już tego nie zniosę dłużej. co mogę zrobić? Mąż bardzo nalega, żeby jeździć do nich raz na 2 tygodnie, ja już nie mam ochoty. Z drugiej strony, jak my do nich nie pojedziemy, to oni przyjadą do nas, i będą siedzieć od rana do wieczora. Jak my tam jedziemy, to jesteśmy 2-3 godziny i wracamy. Próbowaliśmy z nimi pogadać, powiedzieliśmy o planach sterylizacji, to teść się zrobił czerwony jak burak, teściowa blada jak ściana, a potem na odwrót. Powiedziała, że jak to zrobimy, to ona nas wydziedziczy (a wcale nie zależy nam na spadku, bo majątku nie ma, a dom na 100% przepisze na córkę, poza tym mieszkamy w domu mojej świętej pamięci babci), to jest ZAMACH NA RODZINĘ, i ona sobie nie życzy TAKICH zachowań pod jej dachem. Cóż, wyszłam, mąż za mną. On również jest na nie, jeśli chodzi o potomstwo, ma wymagającą pracę (jak po niego zadzwonią to musi się stawić), przynajmniej raz w tygodniu ma 24 h dyżury, kokosów też nie zarabia, na czysto (po opłaceniu mediów, rachunków i podatków) mamy 5 tys miesięcznie. Czy to dużo - wg mnie nie. Oczywiście, mogłoby być więcej, a i tak nie zdecydowalibyśmy się na potomstwo. Każde z nas ma około 1000 zł na swoje wydatki (nie rozliczamy się z tego, w sensie, jak chcę wydać 200 zł na krem to wydam, a jak mąż chce wydać 300 zł na śrubokręty to też nie mam nic do tego), resztę odkładamy na wspólne konto, z którego robimy zakupy (np. jedzenie, wyjścia, ale też meble, sprzęty agd, teraz odkładamy na remont łazienki).
Dziewczyny, pomóżcie, pocieszcie mnie trochę. Na pewno do końca tego roku zdecdujemy się na sterylizację.
