Hejka,
czytam Was i już nie wiem co komu odpisać.
ja zaraz za Halinką drugi pies Pluto z wywalonym jęzorem bo już ani nóg ani kręgosłupa nie czuję....
Tak jak miałam nic nie robić, tak robiłam od 10 do 17.30.
Teściowa rano przyszła i pyta jakie ciasta upiekę, że może sernik i babkę. A ja mówię babkę to wczoraj mąż przywiózł z piekarni to bez sensu dwie. No i stanęło na serniku pieczonym i serniku na zimno.
No i pyta jakie sałatki "zrobimy", ale to było pytanie retoryczne bo zanim ja się odezwałam to ona powiedziała że gyros i trochę warzywnej.
I to jej "zrobimy" skończyło się na tym że ja wszystko sama robiłam.
Ona kręciła się po domu, dwa prania zrobiła, pościel zmieniła, na
zakupy pojechała a ja zapieprzałam jak głupia.
Jeszcze jej koleżanka sobie wymyśliła żeby teściowa upiekła jej dwie babki-zebry. Na szczęście teściowa przytomnie powiedziała jej, że ona pojedzie do niej i u niej upieką. No gdzie jeszcze tu bałagan i robota skoro ja mam swoją.
Wiecie ile roboty jest z sałatką warzywną. a teraz jeszcze gyros, dwa ciasta, zmywania multum i co chwilę coś nowego.
Jeszcze w międzyczasie jajka ugotowane do sałatki to przy okazji pomalowałam na jutro, a co, nie będę sto razy jajek gotować.
I łazienkę umyłam i normalnie mam dość na dzisiaj.
Jutro rano uszykuję dwa koszyki do święconki, jedziemy do Gdyni więc jeden zawiozę babci bo ona biedna chora to po co ma iść ze święconką.
Jeszcze do spowiedzi jutro musimy iść bo ja bez auta byłam całe dwa tygodnie to nie było gdzie i jak... A w Lęborku jutro słuchają to pojedziemy i od razu tam poświęcimy jedzonko.
Cały dzień to dziś tylko skubałam, a to trochę wczorajszej zupy, a to sałatkę spróbować i w sumie to jeść mi się wcale nie chciało.
Gardło bolało rano i teraz sobie przypomniało że cały dzień nie bolało, tak drapie że ciągle muszę odkaszlnąć...
To mówicie zęba nie ruszać? Ok, wytrzymam do srody, może dzięki niemu będę mniej jadła
No i zapomniałam co pisałyście, co miałam odpisać.....
A żeby nie było... to z moją kumpelą z Gdyni (jej mąż jest chrzestnym Marcela) umówiłam się na zajaczki tylko ewentualnie słodycze.
I tak samo jak u Kasi, wczoraj Marcel dostał, owszem dużą czekoladę Wedla a do tego 50zł w kopercie....
Mój mąż jest chrzestnym ich córki więc teraz co? Musimy też jej coś dać.
Byłam tak samo wściekła jak Kasia na szwagierkę.
Nie mam teraz co z kasą robić tylko zajączki kupować?
Sukienki na imprezę jeszcze nie mam i gdzie mi tu prezenty w głowie?
jeszcze ja dostałam kawę, a raczej komplet kaw bo jedną w słoiku a drugą na "dosypkę".
Zaraz do niej napisałam, że po jaką cholerę się na coś umawiamy skoro ona i tak robi po swojemu?
No wściekła byłam że normalnie mną telepotało.
Tylko w tym przypadku nie jest tak, że oni czekają aż im się odda, wręcz odwrotnie, pisała, że jak ich stać to dają a jak ja dam czekoladę bo mnie nie stać to też będzie dobrze.
Ale pisałam jej, w jakiej sytuacji mnie to stawia? Ja nie z tych co tylko czekają aby dostać, też chciałabym coś dać a z czego jak nie mam sama?
No i najpierw to się prawie pokłóciłyśmy ale potem na spokojnie jej powiedziałam jak się czuję teraz a ona mi na to, że nie mam się czym przejmować, jak kiedyś będzie mnie stać to też dam a może ona akurat będzie w potrzebie i mi nie da....
Ale tak czy inaczej głupio mi z tym....