Mam w sobie mieszane uczucia. Duszę to w sobie i nie wiem jak sobie z tym poradzić.
Mam 20 lat. Jestem z facetem o 3 lata starszym. Niedługo będziemy mieć 4 lata jak jesteśmy razem. Rok jesteśmy zaręczeni i na przyszły rok mamy już zaplanowany ślub. Zatem będę wychodzić za mąż w wieku 21 lat, on będzie mieć 24 lat.
Problem tkwi w tym, że często myślę nad tym czy nie będę za młoda na ten ślub? Czy nie powinnam po korzystać z tej młodości bardziej tak jak to zwykle wszyscy mówią? Na to jest czas, trzeba się wyszaleć za młodego itp, często słyszę taką opinię od ludzi. Przez to budzą się we mnie różne rozterki.
Kocham bardzo mojego narzeczonego. Jest dla mnie bardzo dobry i nie wiem skąd takie myśli?
Już w wieku 16 lat myślałam o ślubie, to było moje wielkie marzenie - zostać jego żoną. Zawsze sobie wyobrażałam jakie to uczucie, gdy facet się oświadcza, gdy planuje się wspólnie ślub i wychodzi za mąż. Teraz gdy część tych marzeń spełnionych już za mną to czuję się z tym jakoś smutno, że tak szybko to mija, że to jest już za mną. Często zamiast się tym cieszyć to się dołuję. Ja od zawsze chciałam taką ścieżkę życia. Od młodego wieku pracowałam, byłam samodzielna i nie zależało mi na ciągłych imprezach. Nie powiem, bo lubię czasem wyskoczyć potańczyć, czy posłuchać klubowe hity. Czy coś jest ze mną nie tak?
Boję się, że jak wyjdę za mąż to obraz młodej, wesołej dziewczyn zamieni się w kurę domową. Mój facet nie pozwolił by na to, bo jest taki, że razem ze mną posprząta itp. ale jak widzę czasem moich rodziców jak się kłócą to czasem mam dość i tym bardziej wzrastają wątpliwości co do małżeństwa. Czy będąc żoną też można czuć się dalej młodym i wesołym?
CO O TYM WSZYSTKIM MYŚLICIE? POMÓŻCIE MI...
