Mam przyjaciela... samo w sobie mówi że zaczynają się schody. Znamy się 4 lata, studiujemy razem, na początku zaczęliśmy gadać, gadać od rana do nocy, od nocy do rana, potem na uczelni spędzać ze sobą czas... aż w końcu była taka sytuacja, że jak szłam przez korytarz bez niego wszyscy byli w szoku... bylismy/jesteśmy nierozłączni, nawet do toalety chodzimy w jednym momencie, kichamy i ziewamy w jednej porze, nawet nas boli palec w jednej sekundzie... no mała paranoja...
ale do rzeczy.
zawsze były jakieś żarty na temat NAS, że jestem inna od dziewczyn które zna, mam złote serce, bla bla bla... tylko on tak po prostu lubi, gadanie z kobietami mu wychodzi jak jazda samochodem... rozkochał w sobie pół uczelni, samymi rozmowami... z paroma się spotykał, w każdym razie od kąd się znamy nie miał nikogo...
raz z nudów położyłam mu rękę na kolanie... od kolana skończyło się na tym, że do łóżka było niedaleko, chociaż do seksu nigdy nie doszło. ale słyszałam, że działam na niego jak żadna jego kobieta, że podnieca go każdy mój ruch etc.
ale ostatnio zaczął się na poważnie spotykać z kobietami... no boli max. w ogóle sobie nie umiem z tym poradzić, bo czas się do tego przyznać zakochałam się bez pamięci, jak chyba nigdy do tej pory...
wiem, że w tej relacji nie ma nic normalnego i wszyscy radzą albo z nim pogadaj, albo go wywal ze swojego życia... ale mamy jeszcze dwa lata studiów przed sobą, a nie wiem czy zniosę jego widok z inną kobietą...
co robić? pomocy...