Doprowadza mnie ona do białej gorączki, czarnej rozpaczy i wszystkiego co najgorsze... dziś już przeszła wszystkie granice...
Miałam jechać do lekarza, rano zadzwoniłam, umówiłam się na wizytę i do 12 lekarz tylko, więc zawiozłam męża do
pracy i pomyślałam, że pomogą mi tescie przy obrządkach, zrobimy i sobie pojadę. Co się okazało to oni też się wybierali do miasta i zostałam z robotą tak naprawdę sama. Już nic nie mówiłam i tez nie mówiłam, że jadę do lekarza, bo nie chciało mi się tłumaczyć. Później S. zadzwonił do mnie, żebym wysłała teścia na łąkę, bo jakąś tam granicę trzeba wyznaczyć. Powiedziałam mu, a on, że sam tego nie zrobi i że mam jechać z nim, to już wtedy powiedziałam, że jadę do lekarza i że spieszy mi się i teściowa wtedy wyskoczyła do mnie, że tak to jest jak się nic nie mówi, że się jedzie, że żadnej komunikacji nie ma, że dwa samochody do miasta gnać i nawet to przemilczałam. Pojechałam z teściem na tą łakę, wróciliśmy i było koło 11 i mówię, że ja już dziś nie jadę, bo jeszcze nie miałam roboty skończonej. Zapytał czemu to mu powiedziałam, że nie będę lecieć na ostatnią chwilę i się zastanawiać cz zdążę czy nie i że przełożyłam wizytę na jutro. Nic nie powiedział, poszedł do domu, a ja do obory, a teściowa woła mnie i z mordą czemu ja nie jadę, powiedziałam to samo co jemu, a ona, że dzwoniła do przychodni i lekarz na pewno będzie. Rozumiecie?? Maskara jakaś, jeszcze będzie mi wydzwaniać i sprawdzać... To nie jest normalny człowiek. Powiedziałam, że nie pojadę i koniec. A ona się wkurzyła, bo liczyła, że wsadzą dupska w mój samochód i ich zawiozę, bo oni mają mało paliwa... Takiego wała, specjalnie na złość nie pojechałam, już nic nawet nie mówiłam. I wiecie co? I jeszcze wzięła zadzwoniła do mojego S. naskarżyć na mnie... No pojeb całkowity.
Już mam dość, zero prywatności, ze wszystkiego się tłumacz, wszystko nie tak.
Ja już chyba wariuję...