Jestem tu nowa
Mam 23 lata. Zawsze odcinałam się od chłopaków, nie chciałam mieć chłopaka, wszystkie koleżanki miały, ja - tylko książki, kucie i sport. Całe liceum i początek studiów. Muszę (co jest nudne, przepraszam
Nie dostałam się na swój wymarzony kierunek na uczelnię na którą chciałam iść (co poważnie "uszkodziło" moje poczucie własnej wartości, ale to już pominę), dostałam się na ten sam kierunek na uniwerek o słabszej renomie. Ale ten czas był mi chyba potrzebny bo się jako tako "wyrobiłam" - przestałam być taka nieśmiała i poprawiłam wygląd. Po 2 latach się przeniosłam. Trafilam do bardzo sympatycznej grupy (pamiętam jak się bałam!
Zaczął do mnie wypisywać na fejsie zwyczajne pierdoły w stylu (wiadomość o 23) "robie naleśniki, wpadniesz?". Olewalam, irytowało mnie to. Ale miałam do niego słabość.
Tak jakoś miesiąc trwała ta głupkowata pisanina. Potem grupa zrobiła integrację, klub, alkohol, dałam się zaprosić na spacer o 3 nad ranem "na wytrzeźwienie", potem na herbatę, bo zmarzłam, i już chyba nie muszę pisać jak się skończyło (to był mój pierwszy raz, do dziś stukam się w głowę jak mogłam być tak łatwa).
Byłam pewna że mnie potem oleje i cała grupa się dowie, ale zaczęliśmy się spotykać. A ja wpadłam po uszy i taka "wpadnięta" jestem już poltora rokum. Kocham go, bardzo mocno. I nadal chyba jestem zauroczona, okres motylków mi nie minął.
Ale... No właśnie jest ale.
Pierwsze ale. Jesteśmy ze sobą ciągle. Razem mieszkamy, jesteśmy w jednej grupie, w jednym kole naukowym, razem pracujemy (u jego ojca). I to mi nie przeszkadza, uwielbiam z nim przebywać. Ale on jest jakis taki nadopiekuńczy. W sensie że jak wychodzimy z dziewczynami z grupy to nie mogę wracać sama w nocy, on przyjezdża, chocby wiedział że laski to wykorzystają i każą się też odwieźć. Albo moze ja przesadzam i to normalne? Moze mam zle wzorce z domu? Ojciec matke olewal...
Drugie ale. Ma tez jakas obsesje na punkcie seksu. Odkad razem mieszkamy chce sie kochac codziennie. Nie wiem, moze jemu to pomaga sie odstresowac? Nie chodzi o to ze jest mi z nim zle bo dba o to zeby mi tez bylo dobrze, tylko ze wlasnie dla mnie to jest za czesto.
Ja mam jakies takie dziwne okresy, ze raz moglabym sie kochac nawet 3 razy dziennie i tak przez kilka dni, a potem przez kilka dni ze wcale. I jego to chyba wtedy frustruje. Ale nie okazuje tego. Nie zmusza mnie, mowi ze rozumie, ale widze ze go potem nosi. Moze to uzaleznienie? Czym to sie objawia?
Trzecie ale. Boli mnie to, z jakiej rodziny pochodze. Nikt nie pil, ale ojciec mocno nas - mnie i matke - zjechal psychicznie. Zawsze zle. Warczal na wszystkich na okraglo (jestem jedynaczka). Matka przez to dostala nerwicy. I z nia tez nie dalo sie normalnie pogadac juz wtedy. Finansowo bylo kiepsko. U niego za to istna sielanka. Czasem mi glupio i tak sobie mysle ze to jemu wszystko zawdzieczam. Mieszkam z nim- to jego rodzice oplacaja mieszkanie, jego ojciec nie chcial sluchac jak mowilam ze chce sie dokladac - bo mowil ze A. tez sie nie doklada, ze jestesmy mlodzi, bla bla bla. Standard mojego zycia sie podniosl (mam prace, mam pieniadze ktore moge wydawac wlasciwie na co chce, mieszkamy blisko uczelni i pracy - wczesniej mialam 30 km w jedna strone - musialam wstawac przed 5 nie raz). Nawet zycie mojego kota zawdzieczam jemu - gdybym nie miala tej pracy nie mialabym kasy na operacje.
I mi z tym glupio. Czasami strasznie glupio. Mimo ze czuje ze bardzo mnie szanuje. Balam sie ze bedzie mnie traktowal jak kure domowa - jak moj ojciec matke - ale jest przekochany.
Mam tez wrazenie ze na to wszystko nie zasluzylam. Na te studia, na dobre oceny, na prace, na przyjaciolki i przede wszystkim na A. Wiem ze to ma podloze w mojej rodzinie - zdaniem rodzicow mialam miec zawsze slaba prace za 1000 zl (ojciec zawsze podkreslal ze nikt mi nie da wiecej niz 1300), w dodatku fizyczna, faceta w stylu mojego ojca i jak cos bylo ok to zawsze "sie udalo" (nie ze np zasluzylam na stypendium, zawsze bylo ze mi sie udalo).
Mam wrazenie czasami ze wlasnie nie zasluzylam. A. mowi ze jak to slyszy to ma ochote zamordowac mojego ojca. A ja mysle tylko ze niw warto. Nie potrafie go (ojca) kochac.
Jeszcze jedna sprawa mnie zabolala. Siostra ojca widziala nasze zdjecia z wakacji (do wakacji sie po rowno dokladalismy). Ja ich nie wrzucalam, tylko A. No ale bylam oznaczona. Byly rozne, "najsmielsze" w strojach kapielowych, ale chyba nie o to jej chodzilo. Napisala mi wiadomosc ze jestem zwykla dzi*wka ktora uciekla (?) z domu zamiast pomagac rodzicom, ze sie sprzedalam, ze jestem mniej warta niz modelki ktore sie sprzedawaly bogatym Arabom itd. Zabolalo.
A moze jestem od niego zbyt uzalezniona?
Przepraszam ze na koncu troche bez ladu, ale nie potrafie mowic o rodzinie bez emocji.
Nie wiem sama co myslec :/