Długo zastanawiałam się czy w ogóle o tym pisać, bo wiem, że nikt tego za mnie nie załatwi.
Wiem, że sama muszę sobie pomóc ale niemoc, która mnie ogarnia trzyma mnie mocno z tyłkiem na krześle.
Jakkolwiek głupio i banalnie to brzmi - moje życie nie ma sensu i nie potrafię tego zmienić. Nie lubię siebie, brzydzę się sobą, swoim życiem, chodź to brzmi melodramatycznie - moje życie jest niewiele warte. Jestem kobietą po 30. mam synka i meża. Mam też całkiem niezłą pracę.
Żyjemy z mężem jak co drugie małżeństwo w Polsce, praca, kredyty, przedszkole itd. No właśnie. Życie jak życie - jedni są zadowoleni inni nie i ja do nich należę. Nic nie sprawia mi radości, nie pragnę swojego meża, seks mógłby dla mnie nie istnieć. Nie mam przyjaciół, nie spotykam się ze znajomymi. I najgorsze - nie sprawia mi radości zajmowanie się własnym dzieckiem
Mąż- obca osoba. Byłam w nim szaleńczo zakochana, nie wpadliśmy i nic prócz własnego pragnienia mnie do niego nie pchało. A jednak jest dziwnie. Nie cieszę się jak go widzę, mało rozmawiamy, nie jest moim przyjacielem i "towarzyszem" życia. W moim życiu nic się nie dzieje. Żyję jak 80 latka. Nie bez znaczenia jest fakt braku kasy... oboje pracujemy i nie zarabiamy po 1000zł. a na nic nas nie stać. Nie mogę sobie kupić ciucha, o kosmetyczce czy o wakacjach mogę pomarzyć. Ciągle siedzimy sami w domu - ja przed TV albo z książką, on przed kompem albo bawi się z synkiem (mąż jest ojcem IDEALNYM, więc dziękuję bogu, że przy tak okrutnej matce, trafił mu się taki ojciec). Nie możemy wyjść do kina/restauracji bo nie ma kasy. Nie mogę wyskoczyć na zakupy/kosmetyczki bo nie ma kasy. Nie wyjdę z koleżankami bo nie mam kasy na piwo i taksówkę do domu ( z resztą spotkania z koleżankami już dawno przestały sprawiać mi przyjemność). Nawet jak wyjdę to potem nie mogę zasnąć bo myślę ile wydałam i że nie starczy nam do końca miesiąca...jak boli mnie gardło to zaraz jestem załamana bo będzie trzeba kupić leki. Nie zapraszamy do domu znajomych bo przecież też trzeba ich czymś poczęstować a przecież nie ma kasy. Patrzę na siebie - grubą, z ciałem 50 latki i mam ochotę tylko położyć się i umrzeć. Nuda, każdy dzień wygląda tak samo i nic się nie zapowiada zmian na lepsze. Nigdy już nie będę szczupła (bo na siłownię czy aerobic nie ma kasy) nigdy nie będę ładna bo włosy farbuję sama, nie kupuję ciuchów, kosmetyki tylko te niezbędne). Nigdy nie zobaczę miejsc, które tak bardzo chciałabym zobaczyć...z upływem lat też ciężko sobie radzę.
Do tego wszystkiego dochodzi moja nerwica natręctw, która objawia się panicznym lękiem przed chorobami. Każdy przewiany węzeł chłonny do chłoniak, każda niestrawność to rak żołądka i każdy ból głowy to guz mózgu. Wśród mojej rodziny chodzą legendy na temat moich przebytych kilkanaście razy zawałów itd. Więc czuje się beznadziejną matką, żoną, grubą i brzydką, którą dodatkowo tłoczy jakaś straszna choroba... Nienawidzę siebie za takie myśli. Przecież zdrowie jest najważniejsze ! Tylko bluźnię pisząc takie rzeczy a docenię wszystko jak naprawdę stanie się jakaś tragedia. Takie to wszystko proste a jednak na dźwignięcie się ze stagnacji sił brak. Jestem bezndziejna, wszystko oprócz urodzenia mojego dziecka zrobiłam źle.
Zdaję sobie sprawę, że opisałam teraz klasyczny obraz słynnej depresji.... wiem, że powinnam pójść do psychiatry/psychologa i prosić o pomoc. Tylko, że za porządną terapię też trzeba zapłacić
Ten kto powiedział, że pieniądze szczęścia nie dają, zapewne je miał