Pierwszy raz poczułam, że kogoś kocham, nigdy wcześniej nie chciałam się na 100%angażować. Mój partner też pierwszy raz wiązał się na poważnie. Jesteśmy dobrani fizycznie, mentalnie, intelektualnie. Jednak ja nie czuję się szczęśliwa, wręcz przeciwnie. Mimo świadomości, że to Ten, że nie zamieniłabym go na nikogo innego jest mi z nim źle. Po prostu z natury jestem wolnym ptakiem. Ptakiem, który za wszelką cenę będzie walczył do końca o wolność. Czasem zastanawiam się, czy w ogóle się nadaję do poważnych związków, z drugiej strony kocham i jestem kochana. Mam wrażenie, jakbym została zamknięta w złotej klatce. Mój partner zrobiłby dla mnie wszystko, ale to on wie co dla mnie najlepsze, jak żyć, jak pracować, jak odpoczywać. Jego znajomi moimi, jego hobby to przecież moje, a ja mam to gdzieś. Zupełnie gdzieś. Ufam mu, więc nie obchodzi mnie gdzie i z kim wychodzi, jakie są jego zainteresowania i pasje. Przecież nie musimy ich dzielić. Moje pasje, moje środowisko było moje, do czasu... Do czasu, aż się nie związałam. Ba, nawet moje przeżycia duchowe są w zakresie jego zainteresowań, dogłębnych. Do tego stopnia, że jeździ ze mną na spotkania wspólnotowe mimo, iż jest innego wyznania.
Tłumaczyłam raz i usłyszałam odpowiedź "przykro mi, że tak szybko się mną znudziłaś." Próbowałam jeszcze raz dokładnie przedkładać temat, nie pomogło. Wciąż wydawał się bardzo urażony. I mam wrażenie, że albo on tak bardzo się boi rozłąki ze mną i to silnie przeżywa, albo próbuje teatralnymi scenami rodem z tragedii mnie zmiękczyć i jeszcze bardziej przywiązać do siebie, a ja... Im bardziej ktoś próbuje mnie zatrzymać, tym mocniej się wyrywam i oddalam. To czego się boję to to, że ten silny prawdziwy mężczyzna może nie znieść rozłąki i to nie zatrzymuje przed jakimi kolwiek drastycznymi działaniami(ale nie chodzi mi o rozstanie, bardziej terapię szokową).
Może mężczyznom trudno to zrozumieć, bo to kobiety zazwyczaj ich uziemiają, nie na odwrót. Jestem sobą i odkąd pamiętam najlepiej czuję się w towarzystwie... Własnym.

